wtorek, 12 marca 2013

Powiało oldskulem

Oto dokonało się - kolejny milowy krok w mojej podróży przez odmęty kolekcjonerstwa.

Udało mi się wygrać akcję na ebayu. Przedmiotem tejże aukcji było trzech halabardników produkcji Citadela z okresu 4 edycji WHFB. Dwa z tych trzech wzorów pojawiają się dość często, jednakże tego trzeciego widziałem pierwszy raz od wielu miesięcy. Oto on:


W ten oto sposób zamknąłem pewien rozdział - zebrałem wszystkich halabardników. Jestem z siebie tak dumny że aż zrobiłem pamiątkowe foto ich wszystkich, ustawiając ich w tej samej kolejności jak na stronie z katalogu Citadela z 1993 r.

Dla porównania - skan tejże strony ze Stuff of Legends:


W ten sposób halabardnicy dołączyli do skompletowanych formacji: flagellantów, kuszników, łuczników i arkebuzjerów (handgunners). Oprócz tego z listy "do skompletowania" zniknęły także pozycje "Kislev Winged Lancers", "Kislev Horse Archers", "Knights Panther", "Knights of the White Wolf", "Knights of the Blazing Sun" oraz wiele pojedynczych modeli bohaterów, czarodziejów i machin wojennych.

Na upartego mógłbym jeszcze polować na Swordsmenów, Spearmenów i niektórych czarodziei, ale mam te oddziały/modele z późniejszych edycji, więc do kompletnej armii (czyli takiej w której jest przynajmniej po jednym oddziale każdego typu) nie są mi potrzebni. Może kiedyś, jak już nie będę miał co robić z funduszami... Jednak większy powab ma obecnie dla mnie zgłębienie się w pomroki Oldhammera.


Co to jest Oldhammer? Ano jest to hobby związane z Warhammerem, ale w wydaniu z czasów do 3 edycji. Czyli czasów kiedy grą nie rządziły turnieje, nie istniały księgi armii, wolno było grać figurkami innymi niż Citadel a w White Dwarfie publikowano scenariusze do D&D. Tak tak, były takie czasy.

Zazwyczaj wielbiciele Oldhammera koncentrują się na 3 edycji, tej równoległej z WHFRP. Armie tworzono wówczas z wszelkich dostępnych figurek, więc nie było niczym dziwnym jeśli obok modeli Citadela pojawiały się te z Ral Partha, Minifigs czy Heritage. Siłą rzeczy to armie dostosowywano do figurek, a nie odwrotnie, w związku czym listy armii opublikowane w książce Warhammer Armies pozwalały na naprawdę dużo, przy jednoczesnym braku bardzo specyficznych modeli dostępnych tylko u jednego producenta.
Czy to nie brzmi przyjemnie? ;)

Oczywiście, jakość tych figurek nie umywa się do tego co mamy dzisiaj. W większości były nieco koślawe i bez oszałamiającej ilości detali. Jednak były to czasy kiedy Citadel wychodził na prowadzenie jeśli chodzi o figurki i wiele wzorów do dzisiaj trzyma poziom wystarczający do tego żeby je porządnie pomalować lub postawić na stole. W wielu przypadkach miały te ludki o wiele więcej charakteru niż to co mamy dzisiaj - wystarczy choćby spojrzeć na wojowników Chaosu: dziś są zuniformowani lepiej niż żołdacy Imperium, wtedy każdy był inny, z innymi mutacjami i uzbrojeniem. Zgraja takich indywiduów naprawdę wyglądała jak horda Chaosu, a nie zestaw chodzących kas pancernych z jednej wytwórni...

 
Lord of Battle z 1985 r., jedno z niedrogich znalezisk z ebaya. Poniżej strona z katalogu Citadela z 1988 r. z tymże wojownikiem (pozycja 21).

Niestety, zbieranie takich oldhammerowych modeli nie jest łatwe. O ile nie zbiera się starych serii "Feudals" i "Man at Arms", które to figurki są do dzisiaj produkowane przez Wargames Foundry, trzeba się uzbroić w cierpliwość i spory zapas gotówki, ponieważ jedynym źródłem jest eBay. No chyba że ktoś mieszka w UK, ponieważ można wtedy polować na lokalnych konwentach wargame'owych, gdzie czasem trafia się na żyłę złota w postaci gości wyprzedających zawartość starych pudeł. Tak np. udało mi się ustrzelić fabrycznie nowy zestaw startowy do 2 edycji Warhammera za... 5 funtów. 25 złotych. Ja pierdykam :D

 
Sigmund - figurka z serii Feudal Man At Arms z 1986 r. Ta konkretna, widoczna na zdjęciu, została wyprodukowana przez Wargames Foundry. Poniżej skan ze starej reklamówki Citadela z wersją oryginalną.

Na szczęście jeśli nie trafi się jakiś zajadły kolekcjoner, figurkami oldhammerowymi na ebayu raczej nie interesują się ludzie grający obecnie w Warhammera, stąd można je kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. No chyba że są to bardzo rzadkie wzory lub są zapakowane w oryginalne blisterki - wtedy cena i ilość licytujących idzie w górę. Osobiście nie mam ambicji "zebrania ich wszystkich", wystarczy mi okazjonalny pojedynczy ludek, bo też i w 3 edycję nie mam z kim grać, a nawet jeśli by ktoś się znalazł chętny, to można przecież grać późniejszymi figurkami. Raczej zbieram oldhammerki z czystego sentymentu do starych dobrych czasów, których zresztą nie pamiętam bo Warhammerem zainteresowałem się o wiele później ;)

P.S. Jeśli ktoś zainteresował się Oldhammerem, polecam kilka blogów na których można znaleźć masę informacji na ten temat, w tym kilka ciekawostek (np. Skrag the Slaughterer, obecnie bohater specjalny do armii Ogre Kingdoms, w swojej pierwotnej postaci był cichym wyznawcą Malala, boga Chaosu który ze powodu braku licencji został usunięty z uniwersum Warhammera w czasach 3 edycji...): Erny's Place, Old-Hammer oraz Realms of Chaos 80s.

poniedziałek, 11 marca 2013

Polimerowe kości

Przez czysty, niczym nie skażony nałóg nabyłem drogą kupna poprzez Allegro figurkę Reapera z serii "Bones". Ostatnio w światku figurkowym było dość głośno o tej inicjatywie za sprawą kampanii kickstarterowej uruchomionej przez tę renomowaną firmę - stosunek ilości otrzymywanych figurek do zainwestowanych pieniędzy przyprawiał bowiem o zawrót głowy! A to dlatego że w odróżnieniu od GW, Reaper decydując się na tańszy materiał postanowił odpowiednio obniżyć ceny (zamiast je podnosić).

Figurki z serii Bones są bowiem produkowane z polimeru. Byłem bardzo ciekaw jak się przedstawia tworzywo wybrane przez Reapera, a także na ile prawdziwe są zapewnienia firmy że figurki są gotowe do malowania prosto z pudełka, bez użycia podkładu. Dlatego wydałem kilka złotych (dosłownie) żeby się przekonać samemu - to jest moja wersja wydarzeń i będę się jej trzymał!


Po wyjęciu z blisterka figurka prezentuje się bardzo przyjemnie. Detale są ostrzejsze niż by się mogło wydawać. Na linii podziału formy są leciutkie nadlewki, z którymi jest niejaki problem - każdy kto próbował usuwać takie nadlewki z polietylenowych żołnierzyków w skali 1:72 wie o czym mówię... Jedyny sensowny sposób jaki pamiętam to ostrożne ich odcinanie, koniecznie przy użyciu nowego ostrza. Na tym przykładowym modelu nie bawiłem się w czyszczenie nadlewek, ponieważ primo - nie są aż tak przeszkadzające, secundo - trochę mi się nie chciało :)

Ciekawostka - ogon wilkołaka jest doklejony "fabrycznie". Nie wiem czym (wygląda mi to na cyjanoakryl), ale trzyma się dobrze. Dzięki temu detale nie ucierpiały na skutek dostosowania do wymogów formy.

Cechą charakterystyczną polimeru w figurkach Bones jest jego elastyczność. Jak widać na zdjęciu powyżej, łapę wilkołaka udało się dogiąć do samej nogi, a po puszczeniu wróciła ona do swojej pierwotnej pozycji. Fajna sprawa, bo zmniejsza ryzyko uszkodzenia modelu w transporcie czy też przy przypadkowym strąceniu ze stołu.

Mimo wątpliwości postanowiłem pomalować figurkę bez dodatkowych przygotowań, czyli tak jak jest reklamowana seria Bones - po wyjęciu z opakowania. Oczywiście okazało się, że nie ma tak dobrze - wszystko co jest odlewane w stałych formach (silikonowych, żywicznych czy stalowych) ma na sobie pozostałości substancji ułatwiających wyjęcie z tychże form. Na figurkach z form żywicznych jest to z reguły talk, na pozostałych rodzaj lubrykantu przypominającego wazelinę. Nietrudno się zatem domyślić, że bez umycia farba będzie się nie najlepiej trzymać - i tak też się stało. Tym bardziej że farbę swoim zwyczajem rozwodniłem do konsystencji mleka.

Uciekającą farbę najlepiej widać na udzie bestii z lewej strony zdjęcia. Miejsca na których farba się jako-tako trzyma zostały pomalowane grubszą warstwą mało rozwodnionej farby, jednak nawet z tych miejsc przy próbie zeskrobania paznokciem farba zeszła momentalnie.

Wilkołaka wyszorowałem dokładnie starą szczotką do zębów w ciepłej wodzie z mydłem. Po wyschnięciu zrobiłem drugie podejście, tak samo rozcieńczając farbę - i tym razem miło się zaskoczyłem. Farba bowiem przyległa do figurki bez problemów.

Na tym zdjęciu lepiej widać nadlewkę na przedramieniu wilkołaka.

Mój werdykt? Cóż, figurka Reapera za niecałe 10 zł... co można dodać? :) Golden Daemona się tym nie wygra (detale są nieco mniej ostre niż na metalu czy żywicy), ale do grania te figurki są bardziej niż wystarczające, nie tylko ze względu na cenę ale też na tworzywo które zminimalizuje ryzyko uszkodzenia. Myślę że jeszcze kilka pojedynczych modeli sobie zakupię, zwłaszcza takich które w metalu czy żywicy mogły by mnie zrujnować (np. smoki czy większe bestie). Ogólnie - 4 na 5. A to całkiem nieźle jak na moje czepialstwo ;)


wtorek, 5 marca 2013

Jak to robią inni

Jako że mam zamiar wrzucić na bloga jeszcze trochę treści w tym tygodniu, pomyślałem że może nie będę wszystkiego pakował w jeden przydługi post. Dlatego będzie krótko i na temat :)

Poniżej filmik który dał mi wiele teorii. Jest dość długi, ale warto obejrzeć. Przede wszystkim widać w praktyce stopień rozcieńczenia farby i sposób jej nakładania (czyli ruchy pędzla). Oczywiście, jest to tylko jedna z technik i każdy powinien stosować taką jaka mu pasuje - ta akurat pasuje mi coraz bardziej (może dlatego że ćwiczę ją już od jakiegoś czasu), i nawet jeśli ktoś stwierdzi że to nie dla niego, to na pewno warto ją wpierw wypróbować :)


Następny film warty polecenia, na który wpadłem niedawno, to prezentacja różnych rodzajów washy przez Miguela Jimeneza. Jakby ktoś nie wiedział - Miguel "MIG" Jimenez jest uzdolnionym modelarzem, który przebojem zdobył sławę zarówno na internecie, jak i na konkursach modelarskich i zasłynął ze stosowania takich tricków jak chipping (odpryski farby), washe, filtry, pigmenty itp. Dzięki temu założył własną firmę produkującą różne preparaty do tzw. weatheringu.
Na poniższym filmie prezentuje on sposób nakładania washa - takiego prawdziwego, modelarskiego. W świecie figurkowym będzie on przydatny zwłaszcza fanom Warhammera 40 000, bo najlepiej wychodzi na maszynach. Polecam.


Skoro już o pigmentach mowa - wygląda na to że na stałe zagościły na warsztatach "figurkowców". Jest też mnóstwo poradników jak je nakładać (i po co), czym utrwalać itp. - na przykład na blogu Colored Dust, który oczywiście polecam ;) Poniżej inna pokazówka, też warta obejrzenia.


Teraz dość długi materiał z jednego z konwentów w USA. Sam Ken Schlotfeldt, właściciel firmy Badger, opowiada o aerografach. Bardzo, bardzo ciekawy filmik, rozwiewający przy okazji kilka mitów.


I na koniec taki fajny trick do robienia bardziej efektownych fotografii np. na Coolminiornot. Niedługo mam zamiar zrobić sobie kilka takich tełek, w różnych barwach żeby móc je dopasowywać "klimatem" do danej figurki. Oczywiście można sobie zamiast tego kupić profesjonalny zestaw 6 teł - za jakieś 80 dolarów; mnie nie stać :]


W najbliższych wpisach będzie więcej o moich własnych dokonaniach, obiecuję :)

piątek, 22 lutego 2013

Te (niekoniecznie) czarne oczy...

Słowo się rzekło - kobyłka u płota, jak mówi stare przysłowie.

Na początek proponuję zapoznać się z powyższym filmikiem - mimo że narracja jest w języku angielskim, pokazuje dość wyraźnie podstawowe zagadnienia związane z malowaniem oczu na figurce, co wielu osobom przysparza niejakich problemów.

Po obejrzeniu tego materiału postanowiłem zastosować świeżo zdobytą wiedzę na figurce 28 mm, jednak zanim przejdziemy do części "krok-po-kroku" chciałbym jeszcze podzielić się paroma przemyśleniami, których nie ma w filmie.

Przede wszystkim źrenice/tęczówki należy malować symetrycznie. Nieważne czy ludek ma patrzeć w lewo, w prawo czy wprost - nie powinien mieć zeza! Jeśli malujemy ludka patrzącego wprost, dobrą wytyczną są kąciki ust - jeśli źrenica będzie się z nimi pokrywać w linii pionowej, będzie ok.

Drugą sprawą jest orientacja pionowa tęczówek. Dzięki temu możemy nadać twarzy figurki dużo wyrazu, często więcej niż sama mimika nadana jej przez rzeźbiarza. Pozwoliłem sobie na szybko zrobić poglądowy rysunek:



1 - neutralne, naturalne położenie źrenicy. Większa część tęczówki ukryta jest pod górną powieką, dolna jej krawędź ledwo wchodzi pod dolną powiekę (lub jej dotyka). Takie coś malujemy na większości figurek.

2 - spojrzenie w górę; pomiędzy dolną powieką a tęczówką jest widoczny odstęp. Jeśli figurka ma pochyloną twarz, możemy poprzez takie umiejscowienie uzyskać fajny efekt patrzenia "spode łba" :)

3 - patrzenie w dół, mało naturalne (zazwyczaj odruchowo pochylamy twarz by na coś spojrzeć). Ma dwa fajne zastosowania: na figurkach z uniesioną twarzą możemy uzyskać efekt szału (przydatne u flagellantów, maruderów Chaosu i innych berserkerów); na innych figurkach można w ten sposób symulować przerażenie (tak wyglądają oczy "rozszerzone ze strachu").

4 - źrenica centralnie pomiędzy powiekami. Rzadko spotykane i raczej nienaturalne ułożenie; najlepiej nie stosować w figurkach żeby nie wyglądały sztucznie.

Co jeszcze? Rozrzedzać farbę, nie pić zbyt dużo kawy przed malowaniem i postarać się o dobre oświetlenie i podparcie dla rąk :)

Obiektem mojego eksperymentu została figurka Reapera z linii Pathfinder, którą nabyłem na zeszłorocznym Hussarze. Ma dość duże jak na tą skalę, dobrze wyrzeźbione oczy, więc było na czym poćwiczyć. Do malowania użyłem mojego wysłużonego pędzelka, na którym zostało niewiele włosia; używam go właściwie tylko do malowania oczu. Zaletą takiego zdezelowanego pędzla jest to że nie nabiera za dużo farby, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko rozlania po malowanej powierzchni.


Zaplanowałem dla tej figurki zielone oczy, więc wybrałem odpowiednie farbki Reapera:


Już wcześniej położyłem na figurce bazowy kolor skóry. Malowanie oczu zacząłem od białek. Zgodnie z poradą w filmie (zresztą czytałem o tym już w kilku poradnikach) użyłem do tego nie czystej bieli, lecz lekko kremowej farby P3 Menoth White Highlight:


Następnie dodałem czystej bieli (ok. 2 części bieli do 1 części Menoth White Highlight) i rozjaśniłem środki białek (nie do końca widać to niestety na zdjęciu):


Teraz zaczynamy zabawę: ciemniejszą zielenią namalowałem tęczówki. Jak widać nie przejmowałem się wyjeżdżaniem poza białka w pionie; koncentrowałem się na odpowiednim umieszczeniu tęczówek w poziomie. Figurka będzie patrzyła wprost:


Kolejny krok to rozjaśnienie tęczówek - tu już się napociłem żeby trafić w środek uprzednio namalowanych plamek :)



Następnie źrenice - tu popełniłem mały błąd: powinienem był namalować je zwykłym tuszem kreślarskim. Schnie on nieco dłużej niż farba i lepiej spływa z pędzla, dzięki czemu wystarczy raz dotknąć pożądanego miejsca i już jest tam czarna kropka. Ja wziąłem czarną farbę Reapera, przez co musiałem zrobić źrenice na kilka dotknięć, no i troszkę zapaskudziłem tęczówki...


... ale na szczęście został mi jeszcze jeden krok - blik, czyli odbicie światła od oka. Tu też się skoncentrowałem i prawie odgryzłem sobie język, ale udało mi się umieścić dwie białe plamki symetrycznie.

 Dzięki temu zamaskowałem lekko czarne zabrudzenia na tęczówce. Jest to poza tym sposób na oszukiwanie oka - w tej skali kombinacja koloru, czerni i białej plamki i tak mówi nam że patrzymy na oko :)

Ostatnim krokiem było poprawienie zabrudzeń na twarzy podstawowym kolorem skóry:


Oczy skończone, teraz będzie można cieniować twarz - co też ma wpływ na "wyraz twarzy" figurki.

Mam nadzieję że cokolwiek ciekawego znaleźliście w tym przydługim poście.

Aroha nui :)

środa, 20 lutego 2013

Czarnuch z błyskotką

Na początku przeprosiny - na stronie fb obiecywałem lepsze zdjęcia, tymczasem wyszły tak sobie. Obawiam się że za daleko ustawiłem figurki od aparatu, a na poprawkę nie miałem już szansy ponieważ zostały dostarczone klientowi. Widać z robieniem fotek jest jak z malowaniem - trzeba zwracać uwagę na szczegóły i pamiętać o nich przy następnej okazji...

Następnie sprostowanie: czarnuch = Dark Elf, błyskotka = element pomalowany jako imitacja kryształu.
To na wypadek wątpliwości co do mojej nienagannej postawy względem poprawności politycznej...
/sarcasm

Oto dokończeni bohaterowie Dark Elfów z poprzedniego posta:

Wykryte błędy: zabyt jasne i zbyt toporne linie tatuażu, za małe źrenice oczu, za ciemny makijaż pod okiem. Trzeba będzie poćwiczyć.


Nauki wyciągnięte z malowania totemu, czyli "błyskotki": wielkość białej plamki (tzw. bliku) powinna być proporcjonalna do wielkości danej bryły. W pierwszej wersji plamki były jednakowej wielkości, w związku z czym przód totemu wyglądał jakby farba poodpadała :/ Drugie podejście wyszło lepiej, jednak zastanawiam się czy nie próbowałem skoczyć na zbyt głęboką wodę, ponieważ akurat ten totem jest dość skomplikowany, i mogłem nie ogarnąć do końca prawidłowego rozłożenia blików i rozjaśnień.
Drugą ważną nauką jest użycie odpowiednio jasnego koloru na odbicia światła, czyli te dolne rozjaśnienia. Mam ogólnie problem z kontrastem na figurkach, w sensie że wychodzi mi zbyt mały przez co figurki wydają się słabo wycieniowane i "płaskie". Na kryształkach jest to podwójnie widoczne. W tym zakresie totem poprawiałem dwa razy, a i tak zastanawiam się czy nie przydało by się zwiększyć kontrast użyciem czystej czerni... Ale boję się ruszać gotowej figurki w myśl zasady "lepsze jest wrogiem dobrego" :)

Na koniec przedstawiam mój warsztat fotograficzny w nowej odsłonie - warto zwrócić uwagę na to jak aparat interpretuję różnicę w oświetleniu pomiędzy lampą pokojową a moją roboczą świetlówką ;)


W następnym poście zamieszczę moje przemyślenia w temacie malowania oczu, może nawet jakiś "step-by-step" ;)

wtorek, 5 lutego 2013

Wieści z frontu 3

Nie myślałem że kiedykolwiek to stwierdzę, ale... fajnie było pomalować coś z Warmachine *gasp*
Guardian okazał się dość ciężkim modelem, aż musiałem robić przerwy żeby zregenerować nadgarstek ;) ale jeśli chodzi o stopień skomplikowania malowania to wcale nie było tragicznie. Kiedyś narzekałem na ilość detali w modelach Privateer Press, ale po doświadczeniach z finecastem i najnowszymi produkcjami GW musiałem zrewidować ten pogląd ;)
Oto bestyja w całej swojej okazałości:


Równie miłym doświadczeniem było cieniowanie farbkami P3. Od czasu malowania poprzednich "łormaszinów" nauczyłem się trochę lepiej kontrolować konsystencję farby, co w połączeniu z płynnym pigmentem P3 zaczyna mnie przekonywać do spróbowania pełnego "wet blending" - czyli cieniowania poprzez mieszanie płynnej farby już na figurce. Może kiedyś spróbuję.

W temacie eksperymentów - po raz kolejny wziąłem się za bary z mokrą paletą:

 
Wciąż chyba coś robię źle, ponieważ nadal nie widzę jakichś mega-zajebistych korzyści wynikających z użycia tego gadżetu; jednak muszę się przyznać że nie malowałem jeszcze figurki przy której naprawdę musiałbym mieszać masę kolorów (jasne/ciemne/zimne/ciepłe/bardziej zielone czerwienie/bardziej błękitne czernie itp.).Mam kilka takich obiektów w szufladzie, więc i na to przyjdzie czas.

Mokra paleta była w użyciu przy malowaniu kolejnych Dark Elfów - na razie zrobione są twarze i ciała, reszta niedługo. W ramach urozmaicania hero-questowej czarodziejki postanowiłem machnąć jej tatuażyk - o ile forma nawet mi się podoba, o tyle coś nie do końca mi się podoba z kolorem (mieszałem niebieski z kolorem użytym do malowania skóry; zastanawiam się czy nie lepszym pomysłem było by domieszanie czarnego... zobaczymy przy następnej dziarze).

 Nie do końca to widać na fotce, ale odcień twarzy i skór użytych jako płaszcz i chorągiew jest nieco inny :)

Ostatnio zastanawiałem się co dalej zrobić z tym blogiem. Wbrew moim oczekiwaniom nie stał się on źródłem niekończących się zamówień na malowanie figurek - jak widać, sama obecność w sieci nie wystarczy. Z drugiej strony nie jestem jakimś mistrzem żeby w kółko pisać porady i tutoriale... Jakieś pomysły? Co chcielibyście poczytać w moich postach?

niedziela, 27 stycznia 2013

Orlando Bloom i 20 czarnuchów

Kolejne zamówienie skończone - tym razem pełen oddział Blackguardów do armii Dark Elves, w jakości "champion" w której czuję się coraz lepiej.
Jestem zadowolony przede wszystkim z "bajeru" na płaszczach grupy dowódczej i sztandarze. Trochę mi to zajęło, ale myślę że efekt łagodnego przejścia - choć nie tak doskonały jak zrobiony aerografem - jest naprawdę niezły.
Również freehand na samym sztandarze wyszedł tak jak chciałem. Problematyczne było to że malując na gotowym przejściu tonalnym nie bardzo mogłem sobie pozwolić na błędy, ponieważ korekta kolorem tła była by mocno utrudniona ;)


Z innych, dobrych wieści - od moich wspaniałych przyjaciół dostałem prezent urodzinowy: figurkę Andrei w skali 54 mm (1/32). Jest to moja pierwsza "andrea" i nie mogę się doczekać kiedy się za nią wezmę :) Przedstawia krzyżowca z czasów 2 krucjaty, a tak naprawdę Orlanda Blooma z filmu "Królestwo Niebieskie".  Trochę się obawiam malowania twarzy, ponieważ samo rzeźbienie nie przypomina Orlanda. Sporo czasu zajmie mi analiza kadrów z filmu żeby odpowiednio zidentyfikować charakterystyczne cechy facjaty aktora.
Poza tym figurka jest bez zastrzeżeń - kolczuga odwzorowana na tyle na ile pozwala metal, podział konstrukcyjny jest logiczny, nie ma przerostu niepotrzebnych detali... Jednym słowem - miodzio. Oczywiście zobaczymy jak się będzie malować, ale jestem pełen dobrych myśli.
Andrea załączyła nawet instrukcję malowania i kupon na wypadek potrzeby wymiany uszkodzonego elementu. Moja prywatna ocena tej firmy jest póki co bardzo pozytywna.




niedziela, 6 stycznia 2013

Z impetem w nowy rok!

Nie udało się wyrobić z niczym w grudniu, ale za to przynajmniej styczeń dobrze się zaczyna! Oto przed Państwem Thunder-Tusk, znany w moim skromnym studiu jako Wyrzut Sumienia. Ksywa wzięła się z tego, że figurka spędziła u mnie ponad pół roku - jak nie urok, to sraczka i ciągle malowanie było odkładane na później. No ale w końcu udało się go zrobić :)


Był to chyba najbardziej złożony model jaki miałem okazję sklejać, i wliczam w to moją modelarską przeszłość! Ilość elementów które trzeba było pomalować przed montażem była zatrważająca. Przy okazji poćwiczyłem trochę techniki, których na codzień nie używam, czyli: wash po całości, suchy pędzel i pigmenty. 
Ogólnie jestem zadowolony z efektu, choć widzę też miejsca które można by udoskonalić, np. podstawka. Również na skórę ogrów proszę nie zwracać krytycznego oka - była robiona "pod armię", metodą której bym raczej nie użył na własną rękę.
Miejmy nadzieje że jedna jaskółka (tylko trochę większa) uczyni wiosnę i jeszcze w tym miesiącu pochwalę się kolejnymi skończonymi figurkami!

Szczęśliwego Nowego Roku!