środa, 11 kwietnia 2012

Gryfy pasione są GMO!

Patrzcie co karma modyfikowana genetycznie robi z poczciwych zwierzątek zwanych gryfami!
Po sklejeniu tego bydlęcia nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem kilku fotek. Z piersi nowego imperialnego gryfa sterczy patyczek do szaszłyków, który znacznie ułatwia operowanie modelem w trakcie malowania (docelowo go oczywiście nie będzie). To małe jest elfickim gryfem z 4/5 edycji, oryginalnie służącym jako wierzchowiec bohaterowi imieniem Eltharion.
Komentarz chyba zbędny.




niedziela, 8 kwietnia 2012

Through the ashes of the Empire...

No i stało się - Imperium doczekało się wznowienia w ramach 8 edycji WHFB.
O popularności armii świadczyć może fakt, że po przybyciu do sklepu godzinę po otwarciu udało mi się kupić przedostatni egzemplarz księgi armii. Nieźle. Zakupiłem także nowy model bohatera na gryfie (podoba mi się figurka Karla Franza, a resztę skleję i wrzucę na eBay) oraz kilka farbek z nowej serii Citadela, na spróbowanie.

Zacznę od farbek:
Citadel Base - czyli nowe wcielenie Foundation. Bez zarzutu. Przypuszczam że farbka po 2-3 tygodniach zmieni się w błotnistą maź, tak jak stare Foundation. Nie boli mnie to. Pozytywny jest natomiast powiększony wybór kolorów - ja nabyłem złoty, i powiem szczerze że chyba zainwestuję w inne metaliki, bo kryje naprawdę dobrze.
Citadel Texture - gęsta farba z piaskiem. Dosłownie. Nic specjalnego, choć niektóre projekty (zwłaszcza te masowe) może przyspieszyć.
Citadel Shade - nowe wcielenie poprzedniej serii Wash. Zgodzę się z zasłyszaną wcześniej opinią że ładniej pachnie :) Poza tym - jak to wash. Bez zarzutu.
Citadel Dry - niby farby do malowania suchym pędzlem. Jeszcze nie wypróbowałem, ale obawiam się (patrząc na teksturę) że po 3 tygodniach zaschnie na amen. Zobaczymy.

O modelu gryfa nie ma co dywagować - trzeba przyznać że duże plastikowe modele GW są naprawdę dobre jakościowo. Czy się komuś podobają estetycznie to już oddzielny temat... Tak czy inaczej model ma dużo dobrze odlanych części, sporo wariantów (można złożyć trzy oddzielne, kompletne figurki jeźdźców!) i jest imponujący jeśli chodzi o wielkość. Mam zamiar dość szybko go pomalować, by sprzedał się "na fali" reedycji armii Imperium.

No właśnie... Armia Imperium. Dzięki krążącym od dwóch tygodni plotkom i pogłoskom, byłem już przygotowany na najgorsze. Najgorsze nie nadeszło, ale parę moich obaw się sprawdziło:

Rycerstwo - do magazynu. Co z tego że tańsze punktowo, skoro nie dostało żadnych zasad specjalnych, a w dodatku nie może już używać magicznych sztandarów...

Lekka kawaleria - do magazynu. No chyba że ktoś ich używał z powodzeniem do tej pory - albowiem nic się nie zmieniło. Kosztują tyle samo, te same zasady co w poprzedniej edycji.

Artyleria - w większości na drzewo. Wszystkie machiny strzelająco-miotające są droższe, w dodatku mają zmienione zasady do tego stopnia, że nie warto ich wystawiać... No może poza zwykłą armatą (droższa o 20%, ale działa jak poprzednio) czy Helblasterem (droższy, ale ciekawszy jeśli chodzi o zasady wybuchania). Moździerz i rakietnica są śmiesznie słabe, w dodatku rakietnica ma nowe, komiczne zasady strzelania, czyniące z niej coś absurdalnie nieprzewidywalnego (żeby przynajmniej mocno biła... ale z siłą 3 to śmiech na sali jest).

State troops - tu ciekawie jest. Nowe zasady Detachmentu (że przejmuje od macierzystej jednostki wszelkie zasady typu Hatred, Stubborn itd. a dodatkowo modlitwy warpriestów i bonus "Hold the Line" bohaterów) powodują że wystawianie się bez nich jest po prostu głupotą. Myślę że to właśnie przez detachmenty wzrósł koszt punktowy tych jednostek. Poza tym bez zmian, co może nie jest takie złe...

"Special" - cóż... derpygryfy! Poza tym wychodzi na to że po specialach będzie można odróżnić graczy... bo jest tu właściwie wszystko. Kawaleria, artyleria i specjalna piechota (Greatswords i flagellanci). Wszystko droższe niż poprzednio. Odnoszę wrażenie że wszystkie te "bajery" nie będą wcale królowały na stołach turniejowych... State troopsy wychodzą o wiele bardziej opłacalnie.

"Rare" - śmiech na sali. Znerfione i droższe armaty obok tanich jak barszcz, zajebistych (powiedzmy) wózków czarodziejskich i znerfionego, nieprzewidywalnego niczym pump wagon Steam Tanka. Hasło "kupujcie nowe modele za kupę kasy" bije z tej kategorii silniej niż z całej reszty razem wziętej.

Bohaterowie - niewiele zmian. Ot, nowa zasada dla generałów i bohaterów ("Hold the line"), ułatwiająca utrzymanie pozycji przez oddziały do których są dołączeni. Grand Master praktycznie bez zmian, czarodzieje i inżynier też. Warprieści przeszli gruntowne zmiany w związku z dostosowaniem do nowej edycji - nie generują kostek, lecz channelują (zarówno powery jak i dispele), mają tylko trzy modlitwy które mogą rzucać tylko na siebie i swój oddział, ale za to modlitwy działają na cały oddział. No i Hatred. Ba, nawet nowy typ bohatera, czyli Witch Hunter (jakby Imperium miało mało bohaterów do wyboru...) ma buffa dla oddziału. Jeśli już o Witch Hunterze mowa - niby ma służyć do zabijania bohaterów przeciwnika, ale z dwoma atakami to on sobie może pobimbać nóżkami. No i jego fajna zasada że na wybranego przeciwnika ma Killing Blow nawet przy strzelaniu trochę blednie w obliczu informacji że jedyną bronią strzelecką jaką może mieć są... pistolety. "Ha-Haaa! Niech no tylko się zatrzyma w 12 calach ode mnie, jak mu strzelę 2 razy na 6-kach...". No ale za 50 punktów można go sobie wziąć. Tak dla klimatu.

Czy armia jako całość dostała nerfa? Nie, na pewno nie. Czy jest mocna? Oj, i to bardzo. Przypuszczam że Imperium może się stać absolutnym fotm-em, przynajmniej dopóki nie wyjdzie następny armybook. Czy Imperium jest "easymode"? Nie sądzę. W tej księdze zawarte są dość mocne kombosy, ale oprócz wstawienia ich w listę trzeba będzie jeszcze odpowiednio je wykorzystać. Bądź co bądź nie ma tu jednostek typu wojownicy Khorne'a z halabardami czy Savage Ork Big'Uns. Jednak odpowiednio współgrając jednostkami, bohaterami i czarami/modlitwami można z Imperium zrobić maszynkę do mielenia mięsa.

Najsmutniejsze dla mnie jest to że księga nie wywołała we mnie specjalnych emocji, ani pozytywnych, ani negatywnych, z dwoma wyjątkami (o tym na końcu). Częściowo to z pewnością zasługa krążących wcześniej pogłosek. Czy zagram tą armią? Chętnie. Choćby po to by sprawdzić czy moje przypuszczenia co do mocnych i słabych stron armii były prawdziwe. Ba, nawet zacząłem się zastanawiać nad kupnem paru nowych modeli (jeśli uda mi się pchnąć tego gryfa za sensowne pieniądze), w tym - o zgrozo - derpygryfów. Przynajmniej są plastikowe.

Więc w czym problem?

Ano w tym że moje dzielne halflingi nie mają już nic do roboty. Krasnoludy wróciły do swoich kopalni, ogry poszły się schlać. Chorągwie skrzydlatych husarzy i czambuły konnych łuczników odjechały w kierunku Kislewu, nucąc swoje słynne bojowe pieśni. A War Wagon ostatecznie trafił do museum w Nuln.

Tak, wiem - stare jest stare, nowe też jest fajne, nie można w kółko marudzić, poza tym zawsze mogę zagrać w 3/4/5 edycję jeśli tak bardzo chcę. Ale z jakiegoś powodu nie ekscytuje mnie ta armia, nie mam już planów budowania umocnionego obozu z cywilami, taborami i ogniskami, konwertowania figurek do małych winietek ozdabiających pole bitwy czy wymyślania nazw i historii poszczególnych oddziałów. Gra w WHFB zmieniła się w beznamiętne obliczanie co się bardziej opłaca wystawić, z pełną świadomością tego że statystyki i zasady oddziałów zostały bezlitośnie poddane analizie rynkowej. I jestem w pełni świadom tego że patrzę na to z punktu widzenia kogoś kto armię zbiera około 10 lat, ma podejście kolekcjonerskie i bardziej bawi go widok pomalowanych człowieczków niż wygrana na punkty; dla kogoś kto grał wcześniej Imperium, nowa edycja z pewnością będzie interesująca i dająca wiele różnych możliwości. Ja się chyba po prostu wypaliłem jeśli chodzi o ekscytowanie się tą grą, a przemożny wpływ manewrów handlowo-marketingowych na wygląd, estetykę i klimat armii po prostu mnie zniechęca.

Tylko dwie rzeczy wywołały we mnie reakcję inną niż uniesienie brwi: pozytywną - nowe wcielenie Mariusa Leitdorfa, księcia Averlandu. W końcu doczekał się swoich specjalnych zasad i tabelki zachowania, w dodatku opisanej z humorem. To się panu Cruddace'owi udało.

No i negatywną: PIERDOLONY CLOWN NA OKŁADCE.

Dziękuję za uwagę.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Problemy, problemy...

... a właściwie jeden: brak czasu!

W końcu udało mi się rozstawić moje pro-foto-studio i zrobić zdjęcia najświeższego dokonania: Golgfag Maneater. Kolejne "cudeńko" z serii FailcrapfuckingCastshit. Nie zrozumcie mnie źle - model może i fajny w założeniu, liczba czaszek dość skromna (tylko 4, wtf), za dużo niepotrzebnych nitów nie ma... ale jakość niestety fatalna. Dziura na dziurze, niedolewki, powierzchnie chropowate niczym tyłek starej zapuszczonej strzygi. W dodatku część niedoróbek wyszła dopiero po położeniu podkładu... masakra. Ta chropowata powierzchnia okazała się najbardziej upierdliwym mankamentem, jako że postanowiłem na tej figurce wypróbować kilka zaawansowanych technik malarskich, konkretnie wstępnego cieniowania aerografem i tonowania suchymi pigmentami.
Tak tak, niżej podpisany regularnie spędza chwilę przerwy w malowaniu czy pracy zarobkowej na przeglądaniu niezliczonych filmików na Youtube oraz artykułów na stronach takich jak coolminiornot czy chestofcolors. Dziś przy porannej kawie znalazłem np. stronę (ponoć dość znaną) massive voodoo - coś czuję że będzie to moja lektura przez najbliższe dni. Ogólnie chodzi o to że nigdy dość nauki i inspiracji. Nikt nie rodzi się z wbudowaną znajomością technik malowania człowieczków, to wszystko trzeba wypróbować i wypracować. Na prezentowanej poniżej figurce postanowiłem zastosować techniki podejrzane na filmiku Lesa Bursleya, znanego jako awesomepaintjob. Filmik jest dość długi, ale za to komentowany. Naprawdę warto podejrzeć. Polecam: http://www.youtube.com/watch?v=_PIFtCipLpA&list=UU0vYyCks8CDWZBHz-qtZhbA&feature=plcp

Ok, więc co poszło źle? Oprócz wspomnianej chropowatości powierzchni, która znacznie utrudnia stosowanie zarówno aerografu jak i pasteli, oraz standardowych dla failcasta ubytków, największym problemem był dla mnie brak odpowiednich chemikaliów, zwłaszcza matowego lakieru. Ten który zastosowałem - firmy Testors - stał u mnie jakieś 10 lat; nie wiem czy to ze starości, czy z mojej niewiedzy w obchodzeniu się z aerografem, jakkolwiek zamiast ładnej jednolicie matowej powierzchni na ludka naniosła się mleczna mgła, znacznie zmieniając kolory, a zwłaszcza fragmenty metaliczne. Na pewno muszę jeszcze nad tym popracować.
Oprócz tego spora mimo wszystko ilość detali dała o sobie znać pod koniec. Po prostu o niektórych... zapomniałem :( Dla przykłądu w trakcie obróbki zdjęć odkryłem że małe metalowe tarczki na skórzanej quasi-rękawicy na lewej łapie ogra jakoś mi... umknęły. Pomalowałem je na szybko już po zrobieniu zdjęć.Mam nadzieję że nic innego już mi nie umknęło, ale do kilku detali musiałem wracać w momencie kiedy już myślałem że mogę figurkę skleić i polakierować...
Ze względu na parę miejsc niedostępnych dla pędzla po sklejeniu, figurkę malowałem w trzech podzespołach: korpus z głową i uzbrojonymi rękami, płaszcz z masztem trofeów oraz blacha na brzuchu wraz z rogami i różnymi dyndającymi detalami.
Ilustracja na pudełku pokazuje dzielnego Golgfaga z jednokolorowym tatuażem w formie chińskiego... yyy... cathayskiego smoka. Postanowiłem pójść krok dalej w ramach ćwiczenia moich umiejętności freehandowych i zrobić smoka kolorowego, choć bez łap i skrzydeł i prostszego ze względu na brak owinięcia wokół ręki (jakoś ostatnio nie mam przekonania do malowania czegoś co nie będzie widoczne na skończonej figurce). Jak wyszedł - oceńcie sami:


Jak widać wciąż brakuje mi górnej lampy, stąd te paskudne cienie po bokach; równocześnie staram się dobrać najlepsze tło do prezentacji figurek, sam nie wiem czy ten szary jest lepszy od poprzedniego błękitu... a może lepiej jeszcze co innego? Gdybym robił fotki pod coolminiornot, najlepsze byłoby czarne tło z minimalnym oświetleniem... 8-ka gwarantowana! /sarcasm
Starałem się też zrobić zbliżenia cathayskiego tatuażu - niestety częściowo jest zasłonięty przez dyndające pierdółki.


Ogólnie próbowanie nowych technik dużo mi dało. Zarówno aerograf, jak i pigmenty na stałe zagoszczą w moim arsenale, choć oczywiście nie do wszystkiego się nadają. To jest jedna rzecz którą warto zapamiętać, a której nie nauczy się człowiek z żadnych jutubowych tutoriali: co czym i jak najlepiej malować.

Poza tym dziękować, wszyscy zdrowi. Na warsztat wjeżdżają trzy orkowe rydwany, mam nadzieję że czekający w kolejce Black Guards nie pobiją się z trzema warjackami Menothu (swoją drogą - ciekawe kto by wygrał? Gdybyśmy wszyscy - jako gracze - mieli nieco bardziej otwarte umysły na pojęcia "fantasy" czy "wargame", może i można by było sprawdzić... ale to już przemowa na inną okazję).

Na razie to tyle! W najbliższym czasie postaram się spełnić prośbę znajomego i ułożyć kompilację filmików i artykułów które mnie zaciekawiły/zainspirowały/nauczyły czegoś.

Aroha nui!

P.S. W niedługim czasie ma się ukazać księga armii Imperium do Warhammera, więc całkiem możliwe że następny wpis będzie przydługim narzekaniem na GW, graczy i moją własną naiwność :P

wtorek, 8 listopada 2011

Going PRO!

Powoli mój warsztacik do fotografowania figurek zaczyna przypominać małe studio fotograficzne :) Dziś właśnie dotarła do mnie zamówiona paczka z lightboxem i lampkami. Nie mogłem się powstrzymać i rozstawiłem całość oporządzenia.

Śliczne, prawda? Na zdjęciu widać tylko jedną lampkę, druga stoi po lewej stronie lightboxu. Samo pudło jest gigantyczne, ale to był najmniejszy rozmiar jaki udało mi się znaleźć na Allegro :|
Ogólnie od czasu zamieszczenia pierwszych zdjęć na tym blogu mój sprzęt do fotografowania zmienił się zasadniczo. Po pierwsze aparat - 10-letniego Olympusa zmieniłem na Fuji FinePix; dość powiedzieć że zamiast 3 megapixeli dysponuję teraz rozdzielczością 14 megapixeli. Do tego doszedł widoczny na zdjęciu statyw firmy Hama (niestety, jest dość delikatny - w przyszłości pewnie zmienię go na solidniejszy i cięższy model) oraz dzisiejszy lightbox z lampkami. Do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze tylko lampy górnej.

Co do samych zdjęć - zamieszczam poniżej kilka porównań. Sami oceńcie.

czwartek, 13 października 2011

Dippity dippy dip

Słowo honoru, dip jest największym wynalazkiem w malowaniu figurek do gier wojennych od czasów pożyczenia od modelarzy redukcyjnych metody drybrusha. Mówimy tu o malowaniu figurek do gier, a nie figurek ogólnie - w malowaniu "artystycznym" dip nie ma racji bytu, co najwyżej gdzieniegdzie lekki wash, a i to tylko jako część procesu a nie główna metoda.

Więc dip. Dla niewiedzących metoda polega na zanurzeniu całej pomalowanej figurki w bejcy do drewna, energicznym strzepnięciu nadwyżki i odstawieniu do wyschnięcia (minimum 24 godziny). Potem matowy lakier po całości (bo bejca po wyschnięciu błyszczy jak szkło), jakaś trawka na podstawkę, i figurkę meldujemy w oddziale.

Nie ma się co oszukiwać, figurki po dipie nie wygrają nam Golden Daemona, ale nie takie jest ich zadanie. Mają dobrze wyglądać na stole, ewentualnie stanowić tło dla wypieszczonych pędzlem bohaterów czy dowódców. Bejca ma też inną zaletę - po zaschnięciu tworzy bardzo twardą powłokę, czym dodatkowo zabezpiecza figurkę przed otarciami i obtłuczeniami. Wadą dipowania jest ogólne przytłumienie kolorów i miejscami zbyt mocne cienie (zależnie od anatomii figurki), to drugie można zminimalizować stosując tzw. splashing, czyli alternatywny sposób nakładania bejcy (za pomocą pędzla).

Jako że obraz jest wart tysiąca słów, pozwolę sobie zlinkować dwa filmiki instruktażowe, które najlepiej pokazują jak się stosuje bejcę:

1. Film producenta (dip): http://www.youtube.com/watch?v=Hw1b56j_gSI&feature=related

2. Film użytkownika (splashing): http://www.youtube.com/watch?v=oigIQJSrzi0&feature=related

Obie metody mają swoje wady i zalety.
Przy dipowaniu, oprócz mniejszej kontroli nad rozkładem cieni, mamy jeszcze zwiększone zużycie bejcy. Zaletą jest szybkość procesu - to co widać na filmie to wszystko co trzeba zrobić. Czas schnięcia pomijam, jest jednakowy w obu zastosowanych metodach.
Splashing pozwala na większą kontrolę rozkładu cieni oraz mniejsze zużycie farby, jednak zauważyłem że przy nakładaniu pędzlem bejca zaczyna schnąć prawie natychmiast, zwłaszcza jak się położy cienką warstwę w danym miejscu, przez co traci się łagodne przejścia charakterystyczne dla naturalnego spływania bejcy. Zaradzić można temu poprzez nakładanie większej ilości bejcy i natychmiastowe zdjęcie nadwyżki, tak jak to widać na drugim filmie. Jest też jeszcze jeden problem - nakładając bejcę pędzlem należy pamiętać o tym żeby ją wszędzie faktycznie położyć :) Zdarzyło mi się już na drugi dzień odkryć na figurce miejsca gdzie jakimś trafem nie było bejcy... Wszystko to znacznie wydłuża proces splashingu.
Nawet stosując klasyczny dip nie można się obyć bez okazjonalnego splashingu, powód jest prozaiczny - firma Army Painter w całej swej przenikliwości nie przewidziała tego, że puszki których używają są za małe do zanurzania modeli kawalerii. Że o potworach nie wspomnę. Oczywiście, wiadomo że takiego np. smoka raczej nie należy dipować (poza tym szkoda by było, to jednak z reguły centerpiece armii), ale już ogry czy inne juggernaughty można by.

Jasną dla wszystkich sprawą jest, że zamiast puszek Army Paintera można sobie pójść i kupić zwykłą bejcę do drewna za ok. 1/10 ceny. Osobiście nie wierzę żeby produkt Army Paintera specjalnie różnił się od zwykłej bejcy, mimo zapewnień producenta że jest "opracowany specjalnie dla wargamerów". Jednak kupując puszki AP wiem że będę miał ten sam odcień bejcy. Poza tym już jedną zakupiłem, a nie mam środków ani wystarczającej ilości figurek testowych żeby szukać odpowiednika w Castoramie czy Leroy Merlin.

Ponad to co napisałem wyżej, dip pozwala na naprawdę szybkie tworzenie oddziałów. Ot, malujemy figurkę podstawowymi kolorami, najlepiej na białym podkładzie bo szybciej otrzymamy pożądany kolor (czarny podkład może niektórym ułatwiać cieniowanie czy maskowanie niedociągnięć, ale my jedno i drugie w tym wypadku załatwimy przecież dipem), po czym zanurzamy, strzepujemy i voila. Trzeba tylko zwrócić uwagę żeby pomieszczenie w którym dokonujemy dipowania było przewietrzone i szczelne na czas schnięcia figurek (jakikolwiek pyłek, który wyląduje na schnącej bejcy, zostaje tam na zawsze). Nie należy też spędzać za dużo czasu ze schnącymi figurkami, bo bejca jednak wydziela opary które niekoniecznie mogą być dobre dla naszego zdrowia. Ja moje figurki zamykam w szafce z lekką szparą między drzwiczkami, w ten sposób mogę malować następne ludki.

Na zakończenie zareklamuję jeszcze matowy lakier Army Paintera - ten środek naprawdę jest matowy. Aż za bardzo. Jak się go napsika za dużo to potrafi figurce zmienić kolor. Trzeba go stosować oszczędnie, lekkimi natryskami; jak po wyschnięciu gdzieniegdzie prześwituje połysk można położyć drugą warstwę, ale to najlepiej oceniać na drugi dzień. No i ma jedną wadę - dusi potwornie. Nie lekceważcie tego - ja naprawdę mam doświadczenie ;) Pryskałem figurki i modele różnymi świństwami, malowałem aerografem zarówno emaliami jak i akrylami, myłem ten aerograf środkami na toluenie, wdychałem różne rozpuszczalniki i rozcieńczalniki, zmywałem figurki za pomocą nitro... i nic, ale to nic nie przydusiło mnie nigdy jak lakier matowy AP. OBOWIĄZKOWO maskę na twarz, nawet przy psikaniu na zewnątrz!

Na zupełne zakończenie - obiecane zdjęcie pamiątkowe 5 shade'ów. Jednego dnia zostali sklejeni, umyci, zapodstawkowani piaskiem i potraktowani podkładem, drugiego dnia - pomalowani i zanurzeni w dipie, trzeciego dnia - zmatowieni. Gdybym mógł poświęcić cały czas w ciągu dnia na figurki (a jeszcze niestety nie mogę), to taką piątkę robiłbym od A do Z przez pół dnia.



Z malarsko-wargamerskim pozdrowieniem - do następnego!

wtorek, 11 października 2011

3:0

Żyję! Wbrew pozorom mam się całkiem dobrze. Problem polega na tym że różne sprawy i ich załatwianie nie pozwalały mi ostatnio poświęcać tyle czasu na malowanie i blogowanie ile bym chciał.
Na szczęście znów siadłem na poważnie do figurek. W najbliższych dniach będę miał skończonych pierwszych shade'ów, nie omieszkam cyknąć im pamiątkowej fotki i zamieścić tutaj.
W międzyczasie udało mi się - w ramach oderwania się od codzienności i wyjścia z domu do ludzi - zagrać kilka bitew w 8 edycję Warhammera. Zainspirowały mnie batrepy z jednego z moich ulubionych kanałów na youtube - Wargaming for Fun. Zgodnie z nazwą panowie grają sobie dla zabawy, co widać zarówno w ich zachowaniu, jak i w rodzaju bitew jakie toczą. Batrepy o których wspomniałem pokazywały bitwy na 1000 punktów, co na 8 edycję jest raczej nietypowe:

http://www.youtube.com/user/WargamingForFun#p/u/9/Xc9495xalog

http://www.youtube.com/user/WargamingForFun#p/u/8/wUpHhxO0oT4

Pomysł był na tyle ciekawy że postanowiłem spróbować.
Zagraliśmy dwie serie bitew, w jednej dwie, w drugiej trzy. W pierwszej rozgrywce skończyło się na remisie, w drugiej - tydzień później, po lekkim doszlifowaniu armii - moja armia Imperium odniosła miażdżące zwycięstwo 3:0. Co ciekawe, w poprzednich bitwach na "normalne" 2500 punktów odnosiłem porażkę za porażką, więc te wygrane stanowczo podniosły mnie na duchu. Poza tym bitwy na mniejszą ilość punktów okazały się bardzo zabawne, szybkie i ciekawe. Mamy w planach dalsze rozgrywki, tym bardziej że mój zatwardziały oponent nie przyjmuje porażki do wiadomości ;) Może przy okazji uda mi się też zagrać z kimś innym niż zielonoskórzy.

Przy okazji przekonaliśmy się również że granie scenariuszy z podręcznika, losowanie scenerii i ogólnie trzymanie się zasad stanowczo pozytywnie wpływa na grę. Jako że wciąż poznaję tą edycję nie ustrzegłem się przed kilkoma nieścisłościami i mimowolnym pominięciem niektórych zasad, ale mam nadzieję wyprostować te uchybienia w przyszłych bitwach.

Ogólnie coraz bardziej przekonuję się do 8 edycji - trzeba tylko wczytać się w zasady i nie rozpatrywać ich w oderwaniu od całości. Gry są szybkie i proste w sensie samej mechaniki, jednak pozwalają na "zakombinowanie". Niektóre zasady wciąż mi się nie podobają ale uczę się z tym żyć ;)

Na zakończenie tego krótkiego update'u pozwolę sobie podzielić się filmikiem po którym postanowiłem zastosować tzw. tufty (w Black Orkach z ostatniego posta), uważam że dość dobrze pokazuje łatwość zastosowania i efektywność tego produktu:

http://www.youtube.com/watch?v=2eEhHerFOdU&feature=player_embedded

Na zakończenie przypomnę tylko: 3:0. HA!

piątek, 2 września 2011

Urodzeni w bólach

Pomiędzy zleceniami z byłej pracy, przygotowaniami do różnych festynów i wieszaniem żyrandola u matki w domu, udało mi się ostatecznie zakończyć prace nad oddziałem Black Orków. Żeby nie było zbyt łatwo, ostatnie dwa dni spędziłem na poszukiwaniu jednej, jedynej puszeczki matowego lakieru Army Paintera; okazuje się że jest to towar luksusowy, którego ani u Fabera, ani w Altdorfie, ani w Wargamerze nie było :( Ja nie wiem, czy oni się jakoś umawiają na dostawy że jednocześnie wszędzie znika i u wszystkich "będzie" w tym samym terminie? Tak czy inaczej, udało mi się ustrzelić ostatnią puszkę w Graalu w Galerii Mokotów i mogłem radośnie zapsikać ostatnich czterech (sic!) orków.



Jeśli przyjrzycie się uważnie powyższym zdjęciom, zauważycie zapewne kępki wysuszonej trawy na podstawkach; jest to moje najnowsze odkrycie pod tytułem "tuft". U nas dostępne są tufty produkcji Army Paintera, choć wydaje mi się że widziałem "na necie" także produkty Woodland Scenics. Tuft taki kupuje się w postaci gotowych kępek różnej wielkości przyczepionych do paska przezroczystej folii. Odrywa się taką kępkę, smaruje od spodu dowolnym klejem i stawia na podstawce. Szybko, łatwo, a efekt bardzo dobry. Tufty są dostępne w różnych kolorach, do orków zastosowałem "highland tuft". Polecam.

Na warsztat wjeżdża Hierophant z Warmachine (champion/hero) oraz oddział darkelfickich Shade'ów (trooper).

Na zakończenie jeszcze prawda objawiona:

wtorek, 9 sierpnia 2011

Orcs orcs orcs

Jedno ze zleceń zbliża się do końca. Na razie gotowy pierwszy szereg, który był taki trochę "testowy" - reszta "chopakuf" jest malowana en masse, z wykorzystaniem doświadczeń z tejże właśnie pierwszej piątki. Jakość trooper, z wyłączeniem samego sztandaru.








Z innych newsów - udało mi się znaleźć chwilę na grę. Zagraliśmy w jedyną słuszną edycję Warhammera, znaczy 5-tą, 2000 pkt z turniejowymi ograniczeniami. Moje Imperium marginalnie wygrało z Undeadami Hergara (jednym punktem). Jak zwykle przy 5 edycji, było dużo radości :)