W sumie nie mam nic ciekawego do napisania. Tzn. może mam, ale jak co dzień jest już po północy i nie bardzo mam siłę na cokolwiek... Chciałem tylko napisać że czasem brakuje mi tego blogowania.
To takie fajne miejsce gdzie można się powywnętrzać, albo po prostu napisać coś co jakiś czas później śmiesznie będzie przeczytać. Taki pamiętniczek.
No więc, kochany pamiętniczku, ostatni rok upłynął mi całkiem pracowicie. Jak to ja, złapałem sobie zajawkę na zupełnie nowy temat... po latach nabijania się z graczy zafascynowanych antykiem, sam wsiąkłem. I to poważnie.
Zaczęło się od pomysłu na armię do Kings of War, jeszcze w poprzedniej (drugiej) edycji. Armia - oczywiście Kingdoms of Men - miała bazować na dużej ilości pikinierów i bestii wojennych. Jak to mam w zwyczaju, chciałem żeby nawiązywała do jakiegoś historycznego pierwowzoru... Po chwili rozglądania się wpadłem na genialny - wydawałoby się - pomysł: Sukcesorzy! Czyli armia jednego z hellenistycznych królestw które zostawił po sobie Aleksander Wielki. Piki? Są. Bestie? Jak najbardziej - słonie bojowe :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon Rampant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon Rampant. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 marca 2020
środa, 22 maja 2019
Pfff :)
No proszę, kolejny rok minął.
Tym razem nie tak bezproduktywnie jak poprzednia roczna pauza w blogowaniu. Sporo grałem - zaliczyłem prawie cały sezon turniejowy Kings of War 2018, trochę też rampantowałem. Moja armia Miragliano urosła w siłę, przez jakiś czas służyła wszak do grania w sporego bitewniaka. Niestety nie dałem rady doszlifować jej na tyle żeby uzyskała jakiekolwiek wyniki (mój wynik na koniec sezonu to 2 wygrane, 2 remisy i 11 porażek...), po prostu w takiej postaci w jakiej chciałem ją widzieć - nie sprawdzała się. Została więc zredukowana z powrotem do etatów rampantowych, i choć raczej nie będzie już dane wystawić jej w całości (w kategoriach rampantowych to jest jakieś 150 punktów, a gra się bazowo na 24-30 :D ), to mam zamiar domalować dwa ostatnie oddziały, dokleić kilka sztandarów i cieszyć się jej widokiem na półce. I co z tego że jest w bejcy :)
Zrodziło mi się trochę nowych pomysłów, z częścią starych pożegnałem się z braku perspektyw i miejsca w pudełkach. Ogólnie jestem w dość dobrym punkcie jeśli chodzi o hobby, choć ostatnie miesiące upływają mi pod znakiem podwójnej ilości zleceń w pracy w porównaniu z ubiegłym rokiem, co odbija się trochę negatywnie na czasie którym dysponuję i chęci do robienia czegokolwiek jak już dzieci pójdą spać. Cóż, takie życie.
Niemniej kusi mnie czasem żeby napisać tu coś konkretnego. Tym bardziej że szerzej odwiedzane media, konkretnie facebook, ostatnio strasznie działają mi na nerwy. Staram się ograniczać newsy do źródeł związanych z hobby, ale nawet tam panuje moda na bezkrytyczne spamowanie czym się da. Czasem jest tak że ten sam post ze zdjęciem kilku pomalowanych figurek - lepiej lub gorzej, choć z reguły bez fajerwerków - pojawia mi się na 3 czy 4 grupach, niezależnie od tego czy nawiązuje do nich tematycznie czy nie. Zupełnie jakby ludziom nie chciało się zakładać i prowadzić własnych stron czy galerii, o blogach to już nawet nie wspominam. A jest to zjawisko na tyle powszechne że nawet nie chce mi się z nim walczyć...
Ogólnie wydaje mi się że blogosfera powoli odchodzi na boczny tor, bo prowadzenie bloga wymaga trochę więcej zachodu niż takie codzienne klepanie na fb czy innych instagramach. Sam też nieczęsto mam czas czytać blogi na liście obserwowanych, ale staram się przynajmniej raz w tygodniu sprawdzić co tam słychać, bo podziwiam tych ostatnich sprawiedliwych którym się chcę. Może taka apatia jest też jednym z powodów dla których przez rok nic tutaj nie pisałem... no bo pisanie dla samego pisania to strata czasu, a i nie wydaje mi się żeby obserwatorom jakoś specjalnie dawał się we znaki brak nowych postów...
Ale blog sobie jest. I jak już coś będę miał do pokazania to z pewnością tak uczynię, choć nie jestem pewien czy akurat będzie to skończona armia Miragliano ;) bo trochę nie chcę się zmuszać. Raczej jestem na etapie że maluję to na co w danej chwili mam ochotę.
A ponieważ jestem buntownikiem to ten post nie będzie udostępniony na tym cholernym facebooku, o.
Tym razem nie tak bezproduktywnie jak poprzednia roczna pauza w blogowaniu. Sporo grałem - zaliczyłem prawie cały sezon turniejowy Kings of War 2018, trochę też rampantowałem. Moja armia Miragliano urosła w siłę, przez jakiś czas służyła wszak do grania w sporego bitewniaka. Niestety nie dałem rady doszlifować jej na tyle żeby uzyskała jakiekolwiek wyniki (mój wynik na koniec sezonu to 2 wygrane, 2 remisy i 11 porażek...), po prostu w takiej postaci w jakiej chciałem ją widzieć - nie sprawdzała się. Została więc zredukowana z powrotem do etatów rampantowych, i choć raczej nie będzie już dane wystawić jej w całości (w kategoriach rampantowych to jest jakieś 150 punktów, a gra się bazowo na 24-30 :D ), to mam zamiar domalować dwa ostatnie oddziały, dokleić kilka sztandarów i cieszyć się jej widokiem na półce. I co z tego że jest w bejcy :)
Zrodziło mi się trochę nowych pomysłów, z częścią starych pożegnałem się z braku perspektyw i miejsca w pudełkach. Ogólnie jestem w dość dobrym punkcie jeśli chodzi o hobby, choć ostatnie miesiące upływają mi pod znakiem podwójnej ilości zleceń w pracy w porównaniu z ubiegłym rokiem, co odbija się trochę negatywnie na czasie którym dysponuję i chęci do robienia czegokolwiek jak już dzieci pójdą spać. Cóż, takie życie.
Niemniej kusi mnie czasem żeby napisać tu coś konkretnego. Tym bardziej że szerzej odwiedzane media, konkretnie facebook, ostatnio strasznie działają mi na nerwy. Staram się ograniczać newsy do źródeł związanych z hobby, ale nawet tam panuje moda na bezkrytyczne spamowanie czym się da. Czasem jest tak że ten sam post ze zdjęciem kilku pomalowanych figurek - lepiej lub gorzej, choć z reguły bez fajerwerków - pojawia mi się na 3 czy 4 grupach, niezależnie od tego czy nawiązuje do nich tematycznie czy nie. Zupełnie jakby ludziom nie chciało się zakładać i prowadzić własnych stron czy galerii, o blogach to już nawet nie wspominam. A jest to zjawisko na tyle powszechne że nawet nie chce mi się z nim walczyć...
Ogólnie wydaje mi się że blogosfera powoli odchodzi na boczny tor, bo prowadzenie bloga wymaga trochę więcej zachodu niż takie codzienne klepanie na fb czy innych instagramach. Sam też nieczęsto mam czas czytać blogi na liście obserwowanych, ale staram się przynajmniej raz w tygodniu sprawdzić co tam słychać, bo podziwiam tych ostatnich sprawiedliwych którym się chcę. Może taka apatia jest też jednym z powodów dla których przez rok nic tutaj nie pisałem... no bo pisanie dla samego pisania to strata czasu, a i nie wydaje mi się żeby obserwatorom jakoś specjalnie dawał się we znaki brak nowych postów...
Ale blog sobie jest. I jak już coś będę miał do pokazania to z pewnością tak uczynię, choć nie jestem pewien czy akurat będzie to skończona armia Miragliano ;) bo trochę nie chcę się zmuszać. Raczej jestem na etapie że maluję to na co w danej chwili mam ochotę.
A ponieważ jestem buntownikiem to ten post nie będzie udostępniony na tym cholernym facebooku, o.
niedziela, 27 maja 2018
Turniejowy oklep
Ale po kolei:
Primo - 22 kwietnia zagrałem na turnieju Kings of War w Warszawie. Pierwszy taki turniej z prawdziwego zdarzenia w moim życiu... wiem wiem, to wstyd, ale co poradzę że do tej pory grałem tylko sporadycznie towarzysko.
Wrażenia jak najbardziej pozytywne: fajne było zarówno miejsce (klub Dragon na Okęciu), jak i ludzie z którymi przyszło mi grać. Wyniki żadne, bo w rzeczy samej ja nie jestem dobrym graczem, ale grało się fajnie.
Tak wczesnym rankiem prezentowała się moja armia. Widać kilka niedokończonych podstawek... ale przynajmniej ludki były pomalowane :)
sobota, 24 lutego 2018
Bejcowe szeregi
Tempo postów trochę zwolniło ostatnio, ale to dlatego że nie ma sensu pisać dla samego pisania. Zagrałem ze dwa razy w Rampanty (raz Smoka, raz Lwa) i ostatnio jeszcze w Sagę w ramach zapoznawania się z systemem. Mimo że wejście do najtańszych nie należy - 200 zł za same dwie podstawowe książki, figurek nie liczę bo i tak już mam - chyba jednak się przełamię; sam system nie jest tak złożony jak mi się poprzednio wydawało, i nie planuję zastąpić nim Rampantów (skala obu gier jest bardzo podobna), raczej od czasu do czasu pokombinować przy stole w trochę inny sposób. Najważniejsze że jest spora grupa ludzi którzy w to grają, więc nie będę musiał nikogo namawiać.
sobota, 3 lutego 2018
Z tęsknoty za śniegiem...
"Zima zima zima,
Pada pada śnieg!"
Ta, jasne.
Lubię zimę. Dla mnie to naturalna rzecz, że jak jest zima, to musi być zimno, biało od śniegu i drogowcy muszą być zaskoczeni. Niestety, klimat ostatnio mówi mi "bicz pliz" i już nie pamiętam kiedy ostatnio mieliśmy porządną zimę. Gdyby nie krótki okres kiedy troszkę śniegu jednak się pojawiło, to moje dzieci bałwanka znałyby tylko z obrazków :(
Pada pada śnieg!"
Ta, jasne.
Lubię zimę. Dla mnie to naturalna rzecz, że jak jest zima, to musi być zimno, biało od śniegu i drogowcy muszą być zaskoczeni. Niestety, klimat ostatnio mówi mi "bicz pliz" i już nie pamiętam kiedy ostatnio mieliśmy porządną zimę. Gdyby nie krótki okres kiedy troszkę śniegu jednak się pojawiło, to moje dzieci bałwanka znałyby tylko z obrazków :(
sobota, 13 stycznia 2018
Styczniowy Dragon Rampant
Co prawda zarówno oponent, jak i armie wiele się nie zmieniły od poprzedniego starcia - moje Miragliano kontra Maurowie Kadzika - jednak tym razem wprowadziliśmy element fantastyczny w postaci czarodziejów (każdy po jednym). Zagraliśmy także by the book - z losowym wyborem scenariusza i wybierając sobie questy (jakby kto nie wiedział - przed bitwą wybieramy sobie specjalne zadania, coś w rodzaju misji; jeśli uda się je zrealizować w trakcie bitwy dostaje się dodatkowe punkty zwycięstwa. W przeciwnym przypadku - traci się punkty zwycięstwa).
Wylosowaliśmy scenariusz "Ringbearer". Kadzik miał 26 punktów i był scenariuszowym obrońcą, powiernikiem pierścienia. Ja miałem 25 punktów i byłem atakującym.
poniedziałek, 23 stycznia 2017
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Kroczący Lew i Turlający się Smok
Kochany blogasku, zagrałem bitewkę.
Czasem przypadkowa wymiana opinii z nieznajomymi hobbystami w sklepie z ludkami potrafi przynieść niespodziewane efekty. Tak było tym razem - w ostatnich dniach 2016 r. prowadziłem luźną rozmowę w sklepie Wargamer na temat różnych śmiesznych systemów. Moim rozmówcą okazał się Kadzik, prowadzący blog (surprise surprise) Kadzikowo. Od słowa do słowa... umówiliśmy się na bitwę. Jako że mowa była o systemie Lion Rampant (i jego wersji fantasy Dragon Rampant) wydanym przez Osprey - takoż bitwa miała się rozegrać według tychże zasad.
Sam system jest w sam raz dla takiego starego, steranego życiem i dysponującego ograniczonym czasem ramola jak ja. Jest prosty. Jest zabawny. Nie doszukasz się w nim symulacji średniowiecznego pola walki. Nie spędzisz godzin na doszlifowywaniu rozpiski (choć można spędzić godziny na obmyślaniu różnych rozpisek). Na 64 stronach książeczki jest wszystko co potrzebne do grania, łącznie ze scenariuszami, przykładowymi armiami (nazywanymi - zależnie od wersji - retinue lub warband) i masą zdjęć pokazujących jak to najróżniejsze figurki można zastosować w poszczególnych oddziałach. W dodatku sama książeczka kosztuje ok. 65 zł, nic więc dziwnego że kupiłem obie (zarówno Lion, jak i Dragon Rampant).
Zainspirowany próbowałem wyrobić się z szybko-bejcowym malowaniem, niestety nawet mimo wzięcia wolnego w pracy nie zdążyłem ze wszystkim - w związku z czym moje podstawki świeciły paskudnym białym podkładem :( i było mi bardzo wstyd... ale przynajmniej wszystkie kolory były położone.
Umówiliśmy się z Kadzikiem na standardowe 24 pkt, nagięte lekko do 25 ze względu na dostosowanie do posiadanych pod ręką figurek. Moje retinue było czysto "lionorampantowe" i przedstawiało coś na kształt wojsk Mediolanu, choć dla mnie to było po prostu warhammerowe Miragliano (i tak mam zamiar tę armijkę traktować; jest to pierwszy element mojego nowego pomysłu na życie, czyli Wielkich Wojen Tileańskich, o których niebawem coś skrobnę). Kadzik natomiast wystawił Maurów z jedną zasadą z Dragon Rampant (Venomous) dla swoich miotaczy ognia, tzn. zapalonej nafty :)
Cała impreza - od rozłożenia terenu, poprzez wyjęcie figurek, dogadanie szczegółów, grę, pogaduchy, aż do definitywnego końca - zajęła ok. 1,5 godziny. Myślę że przy lepszym ograniu można się wyrobić w 40-60 minut. Mechanika przekazywania inicjatywy w ręce przeciwnika przy nieudanym rozkazie powoduje że ma się wrażenie wyjątkowej płynności walki. Podobał mi się również fakt że mało który oddział walczył do ostatniego ludzika; raczej wyglądało to tak, że jak już oddział poniósł straty i stał się zdezorganizowany (battered) to szanse na jego powrót do walki były nikłe.
Ostatecznie skończyło się moją wygraną, co tylko sprawiło dodatkową radość, choć i bez tego gra mi się podobała. A Kadzik to - jak to mawiają krasnoludy - good sport i sympatyczny człowiek tak ogólnie. Mamy wczesne plany powtórki jakoś w lutym. Może tym razem wezmę aparat i cyknę kilka zdjęć ;) Tym bardziej że gra dała mi dodatkową motywację i armijka Miragliano jest już prawie skończona (zostało kilka podstawek do wykończenia i matowy lakier do położenia) - zdjęcia wkrótce.
Nie chcę zapeszać, ale ten rok - jeśli chodzi o powrót do hobby - zapowiada się całkiem nieźle... ;)
Czasem przypadkowa wymiana opinii z nieznajomymi hobbystami w sklepie z ludkami potrafi przynieść niespodziewane efekty. Tak było tym razem - w ostatnich dniach 2016 r. prowadziłem luźną rozmowę w sklepie Wargamer na temat różnych śmiesznych systemów. Moim rozmówcą okazał się Kadzik, prowadzący blog (surprise surprise) Kadzikowo. Od słowa do słowa... umówiliśmy się na bitwę. Jako że mowa była o systemie Lion Rampant (i jego wersji fantasy Dragon Rampant) wydanym przez Osprey - takoż bitwa miała się rozegrać według tychże zasad.
Sam system jest w sam raz dla takiego starego, steranego życiem i dysponującego ograniczonym czasem ramola jak ja. Jest prosty. Jest zabawny. Nie doszukasz się w nim symulacji średniowiecznego pola walki. Nie spędzisz godzin na doszlifowywaniu rozpiski (choć można spędzić godziny na obmyślaniu różnych rozpisek). Na 64 stronach książeczki jest wszystko co potrzebne do grania, łącznie ze scenariuszami, przykładowymi armiami (nazywanymi - zależnie od wersji - retinue lub warband) i masą zdjęć pokazujących jak to najróżniejsze figurki można zastosować w poszczególnych oddziałach. W dodatku sama książeczka kosztuje ok. 65 zł, nic więc dziwnego że kupiłem obie (zarówno Lion, jak i Dragon Rampant).
Zainspirowany próbowałem wyrobić się z szybko-bejcowym malowaniem, niestety nawet mimo wzięcia wolnego w pracy nie zdążyłem ze wszystkim - w związku z czym moje podstawki świeciły paskudnym białym podkładem :( i było mi bardzo wstyd... ale przynajmniej wszystkie kolory były położone.
Umówiliśmy się z Kadzikiem na standardowe 24 pkt, nagięte lekko do 25 ze względu na dostosowanie do posiadanych pod ręką figurek. Moje retinue było czysto "lionorampantowe" i przedstawiało coś na kształt wojsk Mediolanu, choć dla mnie to było po prostu warhammerowe Miragliano (i tak mam zamiar tę armijkę traktować; jest to pierwszy element mojego nowego pomysłu na życie, czyli Wielkich Wojen Tileańskich, o których niebawem coś skrobnę). Kadzik natomiast wystawił Maurów z jedną zasadą z Dragon Rampant (Venomous) dla swoich miotaczy ognia, tzn. zapalonej nafty :)
Cała impreza - od rozłożenia terenu, poprzez wyjęcie figurek, dogadanie szczegółów, grę, pogaduchy, aż do definitywnego końca - zajęła ok. 1,5 godziny. Myślę że przy lepszym ograniu można się wyrobić w 40-60 minut. Mechanika przekazywania inicjatywy w ręce przeciwnika przy nieudanym rozkazie powoduje że ma się wrażenie wyjątkowej płynności walki. Podobał mi się również fakt że mało który oddział walczył do ostatniego ludzika; raczej wyglądało to tak, że jak już oddział poniósł straty i stał się zdezorganizowany (battered) to szanse na jego powrót do walki były nikłe.
Ostatecznie skończyło się moją wygraną, co tylko sprawiło dodatkową radość, choć i bez tego gra mi się podobała. A Kadzik to - jak to mawiają krasnoludy - good sport i sympatyczny człowiek tak ogólnie. Mamy wczesne plany powtórki jakoś w lutym. Może tym razem wezmę aparat i cyknę kilka zdjęć ;) Tym bardziej że gra dała mi dodatkową motywację i armijka Miragliano jest już prawie skończona (zostało kilka podstawek do wykończenia i matowy lakier do położenia) - zdjęcia wkrótce.
Nie chcę zapeszać, ale ten rok - jeśli chodzi o powrót do hobby - zapowiada się całkiem nieźle... ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

